Z początku wszystko wskazuje na to, że "Parasite" będzie jednym z tych filmów, gdzie obrzydliwie bogaci ludzie okazują się samotni, zrozpaczeni i trawieni przez wieloletnią depresję, ale szybko okazuje się, że odklejenie od rzeczywistości "zwykłych ludzi" wcale im nie przeszkadza, są jak polscy politycy, którzy z pełnym przekonaniem o swojej racji rzucają zdania pokroju: Osiem tysięcy złotych na rękę w takich miastach, jak Warszawa, Kraków, Wrocław i Poznań to nie są zarobki wysokie. Z drugiej strony nie uświadczymy tutaj również uszlachetniającej biedoty, jak często w filmie czy w literaturze bywa portretowana. Rodzina Kimów nie cofną się przed niczym, żeby odmienić swój los i chociaż wiąże się to z wieloma podłymi czynami, za każdym razem są na tyle dobrze umotywowane, że można zrozumieć podejmowane decyzje, a wręcz usprawiedliwiać je. Najbardziej zaskakujące jest jednak starcie tych dwóch światów, które mniej więcej w połowie filmu odmienia jego charakter szeregiem zwrotów akcji.
Joon-ho Bong oprócz dobierania fascynujących scenariuszy, posiada także wybitną umiejętność reżyserowania uwagi widza. Nawet gdyby oglądać "Parasite" bez napisów i bez znajomości języka koreańskiego, potrafi zachwycić jako zlepek przemyślanych co do najdrobniejszego szczegółu kadrów. Wystarczy porównać sceny rozgrywające się w zatłoczonym mieszkaniu rodziny głównych bohaterów - gdzie w niemal każdym kącie walają się śmieci wszelkiej maści - ze sterylną i przestrzenną willą bogaczy, którzy z czasem stają się żerem dla tytułowych "pasożytów" (co można interpretować także w drugą stronę - jako wyzysk ubogich przez majętne elity), nie trzeba do tego żadnego dodatkowego opisu, wystarczy zawierzyć zmysłowi wzroku, żeby odczytać, w jakich sytuacjach znajdują się poszczególne postacie.
Dopełnieniem jest wyśmienita praca kamery - znak firmowy Bonga, który w ostatnich jego produkcjach został nieco przykryty pod warstwą efektów specjalnych. Tutaj reżyser (wespół z operatorem Kyung-Pyo Hongiem) wraca do imponującego stylu, którym zachwycał w przełomowej dla swojej kariery "Zagadce zbrodni". Nawet typowe "gadające głowy" nabierają dzięki temu zaskakującej dynamiki - wystarczy popatrzeć, jak w minimalnym sposób przesuwa kamerę z twarzy postaci na wykonujące istotne dla dialogu gesty dłońmi, jak zmienia ostrość w zależności od tego, co chce w kadrze podkreślić albo jak pozwala wydarzeniom toczyć się całkowicie poza zasięgiem naszego wzroku i dopiero z czasem wizualizuje je przed nami. To właśnie ta unikalna wrażliwość, a nie sama fabuła, sprawia, że "Parasite" jest wyjątkowym filmem.
Po dwóch filmach, w których Bong obrazował walkę klas w odrealniony sposób ("Snowpiercer" i "Okja"), tym razem sięgnął po historię bardzo przyziemną, a w związku z tym również silniej przemawiającą do widzów i prowokującą do refleksji. Nie zapomniał jednocześnie o immanentnym składniku swojej twórczości, czyli balansowaniu na cienkiej granicy pomiędzy kinem artystycznym a rozrywkowym, co najdoskonalej unaocznia się w spektakularnym finale. Okazuje się więc, że globalny kryzys społeczno-polityczny (to zaskakujące, jak odległa kulturowo Korea Południowa bliska jest pod tym względem Polsce) może przynieść niespodziewane korzyści w postaci pięknej interpretacji i dokumentacji, do której najprawdopodobniej powracać będzie jeszcze wiele pokoleń.
Parasite
Tytuł oryginalny: Gisaengchung
Korea Południowa, 2019
Barunson E&A
Reżyseria: Joon-ho Bong
Obsada: Kang-ho Song, Sun-kyun Lee, Yeo-jeong Jo