Obraz artykułu Interpol: Lubię nawiązywać więzi z innymi osobami na czysto emocjonalnym poziomie

Interpol: Lubię nawiązywać więzi z innymi osobami na czysto emocjonalnym poziomie

Na "Interpolations" utwory z ostatniego albumu Interpolu zostaną przekształcone między innymi przez Makayę McCravena, Jesu czy Water From Your Eyes. Dlaczego akurat te osoby? Co wniosły do brzmienia nowojorskiego zespołu? Między innymi o tym opowiada gitarzysta Daniel Kessler.

Jarosław Kowal: Jakie przyjęliście kryteria przy wyborze osób zapraszanych do tworzenia nowych wersji waszych utworów na "Interpolations"? Szukaliście artystów i artystek o konkretnym brzmieniu czy raczej przyjaciół, których znaliście także poza muzyką?

Daniel Kessler: Po trochu i jedno, i drugie miało dla nas duże znaczenie. Na pewno zależało nam na zebraniu zróżnicowanego grona artystów i artystek, żeby pokazać szerokie spektrum brzmień, jakie można na bazie naszej muzyki stworzyć. Myślę, że to się udało, bo Jeff Parker, Daniel Avery, Water From Your Eyes i cała reszta mają bardzo charakterystyczne, własne światy dźwięków. Niektóre osoby znaliśmy od dłuższego czasu, inne - jak właśnie Water From Your Eyes - znamy dopiero od niedawna, nie było więc jednego klucza, ale działalność każdej z zaproszonych osób szczerze podziwiamy.

Zdarzyło się, że kiedy kogoś zapraszaliście, mieliście pewną wizję związaną z tym, co może z waszą muzyką zrobić, ale rezultat okazał się zupełnie inny i bardzo zaskakujący?
Każda jedna z tych interpretacji była zaskakująca i w tym tkwi piękno całego tego przedsięwzięcia. Nie postrzegam nawet tych utworów jako do końca naszych, bo na przykład Daniel Avery wytypował w swoim miksie jeden z elementów z oryginalnej wersji, który służył nam za tło i przemienił w główny wątek. Właśnie to najbardziej nas ciekawiło - przekonanie się, co inni usłyszą w naszej muzyce, co wyda im się najciekawsze i w jaki sposób są w stanie przekształcić nasze pomysły. Przypomina to przemeblowywanie - sam pokój i meble nadal są nasze, ale zostały ułożone w sposób, jaki nie przyszedłby nam do głów.

 

"The Other Side of Make-Believe" samo w sobie zaskoczyło wiele osób między innymi ze względu na sposób użycia fortepianu. Zastanawiasz się nad reakcjami publiczności, kiedy pracujesz nad muzyką czy liczy się wyłącznie artystyczny pęd?
W trakcie tworzenia muzyki znaczenie ma jedynie artystyczny pęd. To dzięki niemu w ogóle założyliśmy zespół, on popychał nas do nagrywania każdego z dotychczasowych albumów, bez niego prawdopodobnie nie widzielibyśmy sensu w kontynuowaniu działalności zespołu. Myślę, że kiedy muzyk zaczyna zastanawiać się nad tym, czego ktoś inny chciałby posłuchać w jego wykonaniu i ulega temu, powoli zaczyna osłabiać swój potencjał, odbiera czystość temu, co tworzy, a to prowadzi do utraty wiary we własną działalność artystyczną. Z drugiej strony wiara we własne pomysły - a mieliśmy jej wiele podczas pracy nad ostatnim albumem - zawsze wiąże się z przeświadczeniem, że słuchacze i słuchaczki dostrzegą nasza perspektywę, dadzą się jej ponieść. Jeżeli okaże się, że nie, to też nie stanowi problemu - grunt to czuć się dobrze z podejmowanymi decyzjami. Niczego nigdy nie da się przewidzieć. Być może kolejny album nie spodoba się nikomu, ale na pewno wydamy go z dumą i radością z tego, co zarejestrowaliśmy.

Inspirowanie się własną muzyką jest możliwe? Słuchanie swoich starszych albumów i odnajdywanie na nich czegoś, co wskaże właściwy kierunek rozwoju?
Chyba w jakimś stopniu tak. Przez te wszystkie lata ani na chwilę nie straciłem zapału do tworzenia muzyki, uwielbiam zajmować się w tym i niemal codziennie poświęcam komponowaniu jakiś czas. Zresztą gdybym miał przeanalizować moją kompozytorską rutynę, pewnie jest niemalże taka sama jak w wieku nastoletnim. Właściwie mniej jest w tym wsłuchiwania się w poprzednie albumu, więcej działania za pomocą tych samych metod, bo nigdy mnie nie zawiodły. Wciąż kiedy wpadnę na jakiś wyjątkowy riff, czuję tę samą ekscytację, co lata temu, kiedy zaczynaliśmy Interpol. Poszukiwanie tego uczuciu mogę uznać za stały cel w moim myśleniu o tworzeniu muzyki. Podczas koncertów nadal gramy utwory ze starszych albumów - z "Turn On the Bright Lights" czy z "Antics" - i dzięki takiemu podejściu wciąż sprawiają przyjemność. Nieustannie wracamy do naszej przeszłości, która pozostaje żywa i chociaż nie oglądamy się za siebie, ciągłe brnięcie na przód nie stanowi jedynego celu zespołu. Wszystko, czego dokonaliśmy pod jego szyldem, co robimy teraz i co będziemy robić jest ze sobą powiązane. Na szczęście na żadnym etapie działalności nie musieliśmy traktować Interpolu jak pracy, nigdy nie graliśmy pod presją zobowiązań - robimy to, bo chcemy, a chemia pomiędzy nami nadal odznacza się ogromną mocą. Kiedy tylko zbieramy się, żeby przygotować coś nowego, muzyka zaczyna wypływać z nas bardzo szybko.

 

Zgodnie ze statystykami serwisu Setlist.fm, najczęściej gracie podczas koncertów utwór "Evil" - nawet on, po blisko dwudziestu latach od premiery, nigdy nie zaczyna nużyć?
Uwielbiam grać "Evil" i to niesamowite, że tak wiele osób kocha ten kawałek i czuje z nim więź. Mam świadomość, że to jeden z naszych najpopularniejszych utworów, rozumiem, skąd bierze się pragnienie usłyszenia go na żywo, ale na zupełnie przyziemnym, ludzkim poziomie to ogromna frajda patrzeć na entuzjastyczne reakcje tłumu, kiedy zaczynamy go wykonywać. Tyle tak naprawdę w zupełności mi wystarcza, żeby czuć potrzebę grania "Evil" każdego wieczoru. Poza tym to dobry utwór, nie ma w nim niczego, co mogłoby nużyć. Nie chciałbym też być tego rodzaju muzykiem, który celowo, ze względu na kaprys rezygnuje z grania tego, na co publiczność najbardziej liczy albo robi to z podkreśleniem, jak bardzo mu się nie chce. Zachowywanie się w ten sposób przed własnymi fanami i fankami nie ma sensu.

A gdybyś miał możliwość nagrania własnej wersji utworu innego zespołu, jaki byś wybrał?
Chyba nie podjąłbym się tego [śmiech]. Nie mogę sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji.

Pracowaliście nad "The Other Side of Make-Believe" w trakcie lockdownów, co zmusiło was do obrania nieco odmiennego podejścia niż zazwyczaj, ale czy te nowe rozwiązania zaadaptujecie na dłużej, czy wrócicie do metod sprzed pandemii?
Z początku nie byliśmy pewni, czy pracowanie nad muzyką z trzech innych krajów w ogóle jest możliwe, ale nie było innego wyjścia. Czuliśmy potrzebę grania, a skoro spotkanie się nie wchodziło w grę, musieliśmy korzystać ze wszelkich dostępnych narzędzi. Zaskoczyło nas to, że komunikowanie się za pomocą internetu nie wyssało z całej energii, bo brak bezpośredniego kontaktu, widzenia siebie, rozmów twarzą w twarz wydawał się barierą nie do pokonania, by wykrzesać z siebie maksimum. Jako ludzie wiele w tamtym trudnym ukresie zyskaliśmy, dzięki twórczej pracy - mogliśmy wyznaczyć sobie cel, zająć się czymś, przekierować skumulowaną energię i gnieżdżące się w nas emocje na coś wartościowego. Myślę, że w przyszłości nie zrezygnujemy z nagrywania razem, w tym samym pomieszczeniu, to po prostu przyjemne uczucie, spotkać się z przyjaciółmi z zespołu i razem tworzyć, inspirować siebie nawzajem, zaskakiwać, dawać ponieść się chwili. Dobrze jest jednak mieć świadomość, że w razie konieczności, gdybyśmy znowu z jakiegoś powodu musieli rozstać się na dłużej, nadal możemy poświęcać się muzyce.

 

Zauważyłem, że wiele osób usilnie próbuje odkryć, jakie polityczne opinie stoją za "The Other Side of Make-Believe", a z szerszej perspektywy da się wręcz wyczuć presję, by każdy zabierał w każdej sprawie konkretne stanowisko i wygłaszał je w mediach społecznościowych. Czy faktycznie jest to ważne, czy można kierować się w życiu prostymi przekonaniami pokroju: Ludzie powinni być dla siebie dobrzy?
To interesujące pytanie i trudny temat, by jednoznacznie rozstrzygnąć, co jest lepsze, a co gorsze. Sam czuję się bardzo upolitycznioną osobą, mam konkretne opinie, którym bardzo ufam, ale niekoniecznie chcę, żeby stawały się częścią tożsamości naszego zespołu. Dla wielu znakomitych zespołów poruszanie tego rodzaju kwestii jest motorem napędowym, my nigdy na nich nie bazowaliśmy. Ciekawą kwestią w bardzo spolaryzowanej współczesności - nie tylko pod względem politycznym - jest to, czy powinniśmy zawsze opowiadać się po którejś ze stron, bo być może od tego będzie zależeć przyszłość naszego świata. Nie znam na to pytanie odpowiedzi, wiem natomiast, że cieszy mnie nawiązywanie więzi z innymi osobami na czysto emocjonalnym poziomie. Na pewno da się odszyfrować między wierszami niektóre z naszych poglądów, ale w tej chwili nie chcemy nadawać dosłownych komunikatów.

O ile się nie mylę, mieszkasz teraz przede wszystkim w Hiszpanii, ale zawsze byłeś ściśle powiązany z nowojorską sceną muzyczną. Dlaczego postanowiłeś przenieść się na inny kontynent?
Mieszkałem w Europie do jedenastego roku życia, dopiero później przeniosłem się do Stanów, ale nadal mam tutaj dużą rodzinę. Pomieszkuję w Nowym Jorku, mam tam wielu bliskich przyjaciół, ale w Europie czuję się jak w domu i nic więcej za decyzją o mieszkaniu tutaj nie stoi.
 

Wspominałeś kiedyś, że nadal komponujesz na starej klasycznej gitarze, z której korzystałeś jeszcze jako nastolatek, wydaje się więc, że niezależnie od tego, czy będzie to Nowy Jork, czy Barcelona, czy jakiekolwiek inne miejsce, dopóki będziesz miał ulubione narzędzie pracy, będziesz w stanie grać.

Dokładnie tak jest. Mogę grać i tworzyć wszędzie, dopóki czuję się dobrze w tym miejscu i mam pod ręką niezbędne minimum. Uważam zresztą, że przemieszczanie się i chłonięcie nastroju nowych miejsc jest dobre dla pozostawania twórczym czy dla odnajdywania nowych inspiracji. Lubię to, a nawet uważam za niezbędne, by wstrząsnąć nieco kreatywnymi zasobami, jakie we mnie siedzą.

Gdybyście założyli Interpol dzisiaj, odniósłby podobny sukces?
Nie mam pojęcia, nie spodziewałem się nawet, że zdołamy wydać debiutancki album. Nie pomyślałbym, że dwadzieścia lat później nadal będziemy grać, wydawać muzykę, że będę udzielał wywiadu dziennikarzowi z Polski, siedząc w hotelu w Berlinie. To wykracza poza wszystko, co lata temu wydawało mi się w naszym zasięgu. Mamy w dodatku tak wielu znakomitych fanów i to nie tylko tych towarzyszących nam od lat, ale również nastolatki, które cały czas odkrywają nasza muzykę i znajduję w niej coś dla siebie, co jest naprawdę niesamowite, bo rzeczywistość bardzo się zmieniła przez te dwie dekady. Nie wiem, czy dzisiaj odnieślibyśmy podobny sukces, ale za wszystko, co udało się nam osiągnąć jesteśmy bardzo wdzięczni.

 

fot. Ebru Yildiz


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2024 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce