Nie będę bronił konwencji rapowego koncertu w wykonaniu młodego pokolenia w całości, bo wiele jego elementów uważam za nietrafione. Zdecydowanie najgorszym jest rozpoczynanie występu dziesięcio-piętnastominutowym setem DJ-a, który często nie posiada innych umiejętności poza wciskaniem "play". Na Soundrive Festival DJ Kelvyna Colta nie próbował nawet miksować utworów ze sobą, pozwalając, by pomiędzy nimi zapadała cisza... Na klubowym wydarzeniu może miałoby to sens, w końcu scena należy wówczas tylko do jednego wykonawcy i warto rozgrzać publiczność, ale podczas festiwalu? Tutaj każda minuta jest cenna, bo lada moment coś innego zaczyna się dziać parę metrów dalej, więc zmuszanie nas do wysłuchiwania "Gucci Gang" Lil Pumpa z pliku jest fatalną decyzją. Ale co z tym "playbackiem"?
.jpg)
Przede wszystkim to nie jest "playback", bo przecież Scarlxrd nie poruszał bezdźwięcznie wargami do wyłączonego mikrofonu, próbując nabrać nas wszystkich, że z głośników dobiega wydawany w rzeczywistym czasie głos. W korzystanie z playbacku wpisany jest fałsz, a tutaj mamy do czynienia z zupełnie innym zjawiskiem - rapowaniem na podkładzie z własnego wokalu. Nazwanie tego w inny sposób nie zdejmuje jednak ciężaru krytyki, którą wyrażają także raperzy o długim stażu. Denzel Curry określił takie zagrania jako: Soundtrack from the fuckin' Soundcloud, a Elliott Wilson - dziennikarz związany z Rap Radar czy XXL Magazine - po ubiegłorocznej edycji Rolling Loud (największego hip-hopowego festiwalu na świecie) przekonywał, że fani nie po to wydają pieniądze na bilety, żeby oglądać taniec i podkłady z laptopa. Jeżeli spojrzeć na koncert jako wydarzenie, które powinno zawierać walory artystyczne, są to argumenty nie do podważenia. Pytanie tylko, czy każdy koncert musi być wydarzeniem tego rodzaju?
.jpg)
Nie potrafimy grać na naszych pieprzonych instrumentach, ale dzięki temu możemy udawać, że to wszystko jest wielką sztuką - nie, to nie o dzisiejszym hip-hopie. To Bruce Dickinson z Iron Maiden szydzący z punk rocka, ale ton krytyki jest łudząco podobny do zarzutów o granie z pendrive'a i nieumiejętne posługiwanie się własnym głosem. Nie powinno to nikogo dziwić - kiedy ustalony na przestrzeni kilku dekad porządek zostaje zachwiany, zawsze znajdą się tacy, którzy kurczowo będą się go trzymać i z pogardą krytykować wszystko, co na jego bazie wyrasta, ale próbuje odnaleźć własny język. Cofnijmy się jednak do samego źródła, do Nowego Jorku z lat 70., gdzie Grandmaster Flash zlepiał pierwsze podkłady na bazie każdego winyla, jaki wpadł mu w ręce, a Kurtis Blow czy Lovebug Starski próbowali układać na tym tle swoje z życia wzięte opowieści. Takie podejście wcale nie było bardziej oryginalne od odtwarzania podkładów w całości, które są z kolei od początku do końca skomponowane, zaaranżowane i nagrane samodzielnie. Dzisiejszy hip-hop ma więc sporo wspólnego i ze swoją przeszłością, i z punk rockiem z drugiej połowy lat 70. Nacisk na technikę jest bez porównania mniejszy od nacisku na dynamikę i kontakt z publicznością, która dostaje wyraźny komunikat - każdy z was też może wejść na scenę i robić to, co robimy my. Na Soundrive Festival mieliśmy zresztą tego doskonały dowód, kiedy Kelvyn Colt wciągnął na deski Slipway Stage jedną z fanek, a ta zaskakująco dobrze poradziła sobie z wykonaniem jego "Just Watch Me".
To wszystko jest udawane - powiedział każdy, kto widział pojedynek profesjonalnego wrestlingu, ale nigdy nie spróbował zrozumieć, o co w tym całym spektaklu chodzi, a przecież nie o sport, tylko o rozrywkę. Przebieg każdej gali rozpisany jest punkt po punkcie w bardzo szczegółowym scenariuszu, wyniki walk są z góry ustalone, ale nie da się udawać upadku ze szczytu klatki sięgającej drugiego piętra, nie da się udawać akrobacji w narożniku i nie da się krwawić na niby. Wystarczy jednak zaprzestać stawiania rywalizacji jako jedynego źródła rozrywki, a nagle okaże się, że wynik nie ma większego znaczenia, a bardziej styl, w jakim się do niego dochodzi. To podejście niezbędne do czerpana satysfakcji z oglądania gal WWE, ale również Scarlxrda i wielu innych dzisiejszych raperów. Dlaczego nie można przy okazji rapować wszystkich swoich partii? Bo kiedy robisz na koncercie fikołka, skaczesz w tłum, stajesz na rękach i pozostajesz nieustannie w ruchu, potrzebujesz chwili na złapanie oddechu. Przepływ energii odgrywa tutaj kluczową rolę, a fani cenią sobie bliskość ulubieńców, którzy opuszczają scenę bez uszczerbku jakościowego dla koncertu i wymieniają z nimi uściski oraz dowody sympatii, często nazywając jedną wielką rodziną. To wydarzenie przede wszystkim rozrywkowe, w dalszej kolejności artystyczne.
.jpg)
Krytyka pod adresem rapowanie na własnym rapie jest w pełni uzasadniona, ale wystarczy nieco przestawić myślenie, dostrzec podobne trendy i we wczesnym hip-hopie, i we wczesnym punk rocku, a szybko pojawi się wniosek, że nic tak naprawdę się nie zmieniło, a młodzież po prostu potrzebuje intensywnych doznań, a także idoli, którzy będą szli pod prąd, stworzą nowy język właśnie dla tego pokolenia. Najtrudniejszy egzamin nadejdzie natomiast za jakieś dziesięć lat, kiedy słuchaczom i wykonawcom będzie bliżej trzydziestki, a "energa", którą tak łapczywie pochłaniał Kelvyn Colt na Soundrive Festival, w naturalny sposób zacznie przygasać. Czy na przykład Scarlxrd będzie w stanie przejść podobną ewolucję, jak John Lydon, który opuścił wcielenie Johnny'ego Rottena z Sex Pistols i stworzył bez porównania bardziej ambitne Public Image Ltd? Wierzę, że ma ku temu potencjał, a doświadczenia, które zbiera teraz pozwolą mu stać się lepszym artystą.